poniedziałek, 11 października 2010

Verdun - 19.07.2010














Dzień był bardzo upalny, ale i tak zwiedziliśmy w Verdun ( a właściwie okolicach ) kilka ciekawych miejsc związanych z I wojną światową.
Na początek Memorial de Verdun - muzeum ciekawe, ale nie na nerwy naszego Jasia, więc wizyta przebiegła stosunkowo szybko.
Później Tranchee des Baionettes, gdzie widać wystające z ziemi bagnety zagrzebanych żywcem żołnierzy.
Na koniec imponująca twierdza - Fort de Douaumont.
Żałujemy jedynie, że nie mogliśmy sobie pozwolić na pochodzenie po bardzo dobrze zachowanych okopach pól bitewnych pod Verdun - będzie za to do czego wrócić :)

piątek, 8 października 2010

Reims - 18.07 i rano 19.07.2010















Opuściliśmy Caen i ruszyliśmy do Szampanii.
Po drodze wjechaliśmy do Montormel, gdzie jest muzeum poświęcone głównie Polakom ( dywizji Generała Maczka ) i ich znaczącym udziale w zamknięciu kotła Falaise.
Francuz prowadzący muzeum ( mąż Polki z Gdańska ) dwoił się i troił, żeby muzeum wypadło w naszych oczach jak najlepiej. I faktycznie - nie dosyć, że rewelacyjnie i z głową zorganizowane ( m.in. świetnie przygotowana makieta terenu z dokładnym przebiegiem walk - animacja z polskim komentarzem; rozległa panorama na tereny walk + dodatkowe ciekawostki opowiadane przez prowadzącego po angielsku z francuskim akcentem :) i odpowiedzi na wszystkie nasze pytania; filmy z komentarzami weteranów ) to jeszcze wszędzie polskie napisy.

A Reims... hmmm.
Może dlatego, że przyjechaliśmy w niedzielę ( a we Francji w niedzielę jest prawie wszystko pozamykane ) miasto nie pokazało się z najlepszej strony. Z zabawnych incydentów - byliśmy w Mc donalds ( bo nie było szans na inne jedzenie ) i kasjer usiłował nam przekazać po angielsku ile mamy zapłacić ( baaardzo kiepsko u nich z angielskim ) - rachunek był coś na około 18 euro - no to pan liczył na palcach ( one, two, three, itd. ), bardzo rozbawieni przerwaliśmy liczenie i zapłaciliśmy.

Potem poszliśmy na spacer i trafiliśmy do parku, w którym Jasiu się nieźle wybiegał i umorusał :) Nagle rozległ się gong i wszyscy w parku wstali i ruszyli do wyjścia - podążyliśmy za tłumem.

Na drugi dzień rano ( przed wyjazdem ) pojechaliśmy obejrzeć słynną gotycką Cathedrale Notre Dame i to nam trochę opinię o mieście poprawiło.

środa, 6 października 2010

Okolice Caen 17.07.2010






















Tego dnia:
1) amerykański cmentarz w Colleville-sur-Mer ( nad plażą Omaha ) - znany nam z "Szeregowca Ryana" ( na cmentarzu leżą dwaj bracia Niland - historia prawdziwa, zmienione nazwisko ) naprawdę wygląda tak niesamowicie, jak w filmie. Przy wejściu każdy jest sprawdzany jak na lotnisku ( wykrywacze, kontrola, itp. ), ale ochrona przemiła, z fajnym podejściem do dzieci :) Wstęp ( co nas bardzo zdziwiło ) bezpłatny. Przed wejściem na sam cmentarz bardzo fajne muzeum. Sam cmentarz - tego widoku się nie da opisać!!!
2) Muzeum wraków wydobywanych z plaż w Port-en-Bessin - trochę inny punkt widzenia, podniszczone wraki robią wrażenie, ale całe muzeum średnio zorganizowane ( muzeum prywatne ) - w środku nie można było robić zdjęć.
3) Baterie w Longues-sur-Mer - 3 z 4 zachowane w rewelacyjnym stanie, jedna zniszczona od jednorazowego trafienia. Bardzo przypadło do gustu Jasiowi, bo można było w każdy zakamarek wejść.
4) Muzeum w Arromanches - nie weszliśmy do niego, bo nie można było wejść z wózkiem ( podobno za ciasno jest w środku ), ale to o co nam chodziło i tak było na zewnątrz. Pozostałości po sztucznym Porcie Winston robią wrażenie - można sobie wyobrazić, jakim niesamowitym przedsięwzięciem logistycznym musiał być port ( świetnie widać je było już z drogi pomiędzy Longues-sur-Mer, a Arromanches ). Samo miasteczko z lekka odpustowe - tłok, pełno badziewiastych dupereli, tandetne karuzele, brak parkingów. Niekoniecznie dla nas.

wtorek, 14 września 2010

Okolice Caen 16.07.2010























W Sainte-Mere-Eglise jest muzeum poświęcone 82 i 101 powietrznodesantowej - ciekawe, chociaż razi brak opisów - świetnie są za to przygotowane wystawy - w dwóch budynkach można poza miejszymi eksponatami zobaczyć Waco glider i C-47 ( tzw. Dakotę ). W samym miasteczku rzuca się w oczy :) zwisający z dachu kościoła jeden paratrooper ( słynna w miasteczku legenda Johna Steele, który wisiał udając martwego ). W miasteczku zaznaczony "Km 0", który jak się później okazało nie jest jedyny w Normandii :)
Po drodze do następnego muzeum udało nam się trafić ( Kuba pamiętał mniej więcej gdzie powinno się to miejsce znajdować ) na Brecourt Manor, w tej chwili stoi tam tylko pamiątkowy pomnik ( ponieważ jest to teren prywatny ), ale tablica pamiątkowa fajnie objaśnia udaną akcję "E" company.
Dojechaliśmy do Utah Beach Musee du Debarquement - amerykańskiego muzeum desantu.
Spore muzeum z ciekawymi eksponatami ( amfibia, tobruk,odtworzony punkt dowodzenia z plaży Utah, itp. ) akurat w rozbudowie, co nas mobilizuje, żeby pojechać do Normandii ponownie za kilkanaście lat i zobaczyć to, czego nie zdążyliśmy obejrzeć i co się zmieniło.
Po muzeum desantu pojechaliśmy do Dead Man's Corner Museum - chociaż małe bardzo, świetne muzeum i co najważniejsze zrobione z głową ( gabloty tematyczne ) i z bardzo dokładnymi opisami. W jednej z gablot osobiste rzeczy przekazane przez Dicka Wintersa. Co ciekawe przy muzeum był sklep, z 2x taki jak muzeum, w którym można było kupić dosłownie wszystko!!! Od oryginalnego hełmu żołnierza amerykańskiego, czy niemieckiego, po konserwy, papierosy i to wszystko oryginalne z czasów wojny! Ceny oczywiście odpowiednie.
No i na koniec dnia Pointe du Hoc - klif, który miał być zdobyty ( i został ) przez Rangersów.
Mocno poorany przez bomby teren, co daje dobry obraz tego, jak mocno ostrzeliwane było wybrzeże Normandii.